Winiarnia Chrystiana Hansena była – jak już wiele razy o tym pisałem – marką całego miasta. Na taką markę on sam i jego spadkobiercy pracowali przez dziesięciolecia. Uzyskanie niepisanego statusu pierwszego winiarza w mieście wiązało się z zobowiązaniem do świadczenia usług na najwyższym poziomie. Szeroki wybór starannie dobranych win gwarantował więc klientelę tak w dostawach hurtowych jak i w sprzedaży indywidualnej. Zresztą jak ważna była jakość i jak bardzo winiarnia liczyła się z portfelem swoich klientów, dowiadujemy się z krótkiej uwagi poczynionej na trzeciej stronie omawianej karty win przygotowanej na sezon 1903-1904, w której czytamy: „Etykiety na butelkach informują jedynie zdawkowo o miejscu produkcji wina, kładąc większą wagę na jego właściwości, które mają decydujące znaczenie dla określenia ceny”.

Winiarnia pod „Pod Złoty Strusiem” była lokalem, którego progi przekraczano nie z ciekawości. Wstępowała tu określona klientela reprezentująca stan średni i wyższy społeczeństwa. Przełom XIX i XX wieku zachowywał wciąż nie tylko we Wrocławiu pewną kastowość społeczeństwa, odzwierciedleniem której była między innymi gastronomia. Aby móc znaleźć się w takim miejscu, wymagane były nienaganne maniery przy stole, pewien typ zachowania, umiejętność rozwiniętej konwersacji, stosowne odzienie itd. Nieprzypadkowo więc przylgnęło do winiarni Hansena miano, iż jest dla Wrocławia tym czym Pfordte w Hamburgu, Sendig w Dreźnie, czy Hiller, Adlon, Borchardt w Berlinie. Krążące zaś na mieście powiedzonko wśród młodych wrocławian: „Jeśli chcesz mi zrobić przyjemność, pójdę z tobą chętnie pojutrze do Hansena”, trafnie oddawało za wysokie dla wielu progi lokalu.

Wino było we Wrocławiu od dawna trunkiem wyróżniającym wyższe stany społeczne przy stole. Kto pił trunek Bachusa na co dzień do obiadu i kolacji nie uchodził jednak za człowieka uzależnionego od alkoholu, a więc alkoholika. Za takich uważano przede wszystkim pijących gorzałkę. Zresztą warto zwrócić uwagę na fakt, iż winiarnie nie oferowały z reguły mocniejszych trunków, a jeśli już, to w bardzo ograniczonej ilości i wysoko gatunkowych. Poza tym przedstawiciele stanów średnich i wyższych nie zamówiliby w winiarni czy restauracji ot tak kieliszka czy butelki wódki na stół do jakiegokolwiek posiłku, czy też zaraz po nim. Nie uchodziło to w kulturze tych stanów, którym pojecie suto zakrapianej imprezy było zupełnie obce. Poza tym obiad czy kolacja w lokalu gastronomicznym przebiegały wedle ściśle określonej formuły. Wódkę pijano okazjonalnie w postaci wznoszonych toastów – na przykład w dniu urodzin króla (później cesarza), rocznicy itp.

Karta win winiarni Hansena na sezon 1903-1904 jest odzwierciedleniem kultury picia trunku Bachusa. Starannie wyselekcjonowane marki świadczą tak o dobrze zbudowanej ofercie, jak i o potrzebach podniebienia klienteli (większość z wymienionych marek /producentów/ dostępna jest również dziś w sklepach z winami lub na półach supermarketów). Patrząc z perspektywy czasu na tak kształtowaną ofertę nie mogą dziwić podjęte przez spadkobierców Hansena działania marketingowe – a ściślej wizerunkowe – i wprowadzenie herbu, jako marki chronionej. Herb wykorzystuje strusia będącego symbolem kamienicy, którą Schäferowie –spadkobiercy Chrystiana Hansena – przejęli z końcem 1875 roku i w roku następnym rozpoczęli jej przebudowę. Dodajmy jeszcze, iż po raz pierwszy w źródłach kamienica „Pod Złotym Strusiem” pojawia się w 1613 roku – działająca tu wówczas słodownia cechu karczmarzy wrocławskich przetrwała w tym miejscu aż do sześćdziesiątych XIX wieku.
Struś jest godłem w herbie winiarni – na fasadzie kamienicy jego figura (około metr wysokości) została umieszczona na konsoli nad pierwszym piętrem. Pozostałe elementy dość uproszczonego herbu to idąc od góry: korona (jako klejnot), hełm oraz tarcza, której po bokach zamiast trzymaczy towarzyszą motywy roślinne. Pod tarczą rolę dewizy pełni napis „Schutzmarke” (marka chroniona). Nie mamy na tarczy figury heraldycznej – brak również orderu i zawołania. Tak zbudowany znak firmowy – nawiązujący formą do dawnych herbów rodowych – był ewenementem w skali Wrocławia nie tylko na przełomie XIX i XX wieku. Na wprowadzeniu herbu jako znaku firmowego być może zaważył fakt, iż winiarnia była dostawcą dwóch dworów. Tych nie brakowało wśród przedstawicieli wielu branż stolicy Śląska, ale tylko spadkobiercy Hansena posługiwali się herbem jako znakiem firmowym do 1945 roku.

Łącznie w ofercie winiarni Chrystiana Hansena na sezon 1903-1904 znajdowało się 347 gatunków win. Liczba wydaje się imponująca, jednakże z braku źródeł rudno ją porównać z ofertą innych hurtowników, czy winiarzy. W tym czasie konkurencja na rynku wina była we Wrocławiu dość duża – w mieście działało kilkunastu dostawców hurtowych trunku Bachusa, a najbardziej znani z nich to Kempinski przy ulicy Oławskiej, Raiffeisen Weinkellerei (Rynek), Hennig (św. Ducha), Becker und Brätz (Powstańców Śląskich), The Contineltal Bodega-Company (Świdnicka). Wielu restauratorów wrocławskich tytułujących się „winiarzem”, by wymienić tylko takie nazwiska jak Hübner (Szewska), Brill (Nożownicza), Lange (Ofiar Oświęcimskich), Nier (Traugutta), czy Philippi (Wita Stwosza) posiadało stosowną koncesję na sprzedaż detaliczną (na wynos), jak i hurtową. Dodajmy, że w tamtych czasach w sklepach spożywczych nie oferowano alkoholi.

O kilka słów komentarza do omawianej karty win poprosiłem Pana Sławka Sochaja, autora bloga o winie „enoeno” (www.enoeno.pl), jednego z najciekawszych blogów w sieci poświęconych trunkowi Bachusa. Pan Sławek – którego wieść o karcie mocno „zelektryzowała” – nie dał się długo prosić, za co mu w tym miejscu bardzo dziękuję. W pierwszej części komentarza czytamy:

„Ciekawa jest sama kolejność. Wina z Bordeaux są na początku, po niej następuje Burgundia, a dopiero później wina niemieckie. To pokazuje pewną hierarchię. Bardziej o charakterze wizerunkowym niż cenowym, bo – jeśli spojrzy się na ceny – okazuje się, że ceny niemieckich rieslingów z najlepszych siedlisk wcale nie ustępują cenom najlepszych burgundów, zupełnie inaczej niż dzisiaj”.
Dalej zaś pisze:
Początek XX wieku to czas największej renomy win niemieckich. Wina znad Mozeli i Saary osiągały wtedy zawrotne ceny, dorównując najbardziej renomowanym winom francuskim, a Liebfraumilch (w karcie Hansena wcale nie najtańsze) nie kojarzyło się wcale z tanim winem marketowym. Za tym sukcesem stali w dużej mierze kupcy pochodzenia żydowskiego, którzy skutecznie promowali tamtejsze rieslingi w Europie. W latach 30-tych, kiedy ich zabrakło, winiarstwo niemieckie podupadło na długie dziesięciolecia.

Doskonałym przykładem tych kolei losu są wina znad Saary. W karcie widzimy wino z Geisberg, wówczas najznamienitszej bodaj winnicy w regionie. Po wojnie ten wyjątkowy kawałek ziemi popadł w kompletne zapomnienie. Ciekawostką jest to, że przywraca go właśnie do łask Roman Niewodniczański, uznany winiarz polskiego pochodzenia, syn znanego fizyka Tomasza Niewodniczańskiego. Geisberger Auslese jest w karcie jednym z najdroższych win, tylko nieznacznie ustępującym cenowo burgundowi ze słynnego Romanée.

Ciekawe jest też to, że wina węgierskie pojawiają się zaraz za niemieckimi. To potwierdza, że cieszyły się we Wrocławiu szczególną popularnością, większą niż w innych regionach cesarstwa, o czym wspomina m.in. Dorota Lias-Lewandowska w “Historii kulturowej wina francuskiego w Polsce.”.
W dziale z winami iberyjskimi znajdziemy tylko wina wzmacniane – porto, sherry i maderę. Kariera Riojy i innych hiszpańskich win wytrawnych miała dopiero nadejść. W dziale niemieckich win musujących szczególną uwagę zwraca sekt Gremplera, jedno z najstarszych (jeśli nie najstarsze) niemieckich win musujących, produkowanych w Zielonej Górze. Ciekawostką jest to, że zielonogórska winnica Miłosz wskrzesiła w ostatnich latach produkcję wina pod tą marką”.