poetry-720609_640Rymowanki jako anons prasowy zapraszający do lokalu gastronomicznego stały się w latach trzydziestych XIX stulecia atrakcyjną – z punktu widzenia ich właścicieli – formą reklamy. Najpewniej spełniały znakomicie swoją rolę w strategii działalności niejednego restauratora, skoro ich obecność w prasie wrocławskiej obserwujemy aż do początku ubiegłego wieku. Były też bez wątpienia pewnego rodzaju odpowiedzią na ograniczenia techniczne prasy, która wówczas jeszcze nie oferowała barwnych reklam wizualnych ani też oryginalnych grafik. Jednocześnie ten nurt reklamy wpisał się w czasy, gdy poezja była powszechną formą wypowiedzi. Co ciekawe jednak, rymowanki były wykorzystywane w reklamie prasowej wyłącznie przez przedstawicieli branży gastronomicznej, która jak żadna inna w mieście była zależna od codziennego kaprysu swoich klientów. Stąd w prężnie rozwijającym się Wrocławiu walka o jego względy, o jego uwagę była walką o być albo nie być na rynku.

Wspomniany już w poprzednim odcinku Carl Sabisch – w którym widzieć powinniśmy jednego z prekursorów anonsów rymowanych w prasie wrocławskiej i ich wykorzystania w strategii promocji działalności gastronomicznej – zapraszał nimi jako pierwszy w mieście na wigilię, Sylwestra, karnawał i ostatki. W swoim czasie był też królem karpia w grodzie nad Odrą – gdy tylko jesienną porą nadchodził na nie sezon, Sabisch „układał” już nowe rymy. Z końcem karnawału 1838 roku zapraszał do lokalu następującą rymowanką:

Już niebawem post nastanie:
Wstrzemięźliwość – umartwianie.
Zaś na stołach ledwie rybka,
Czasem w towarzystwie grzybka.
Bowiem zwyczaj wszystkim każe,
Aby wówczas mieć w powadze…
Ale zaraz! – przecież wiecie,
Że mój kucharz jest na diecie.
Czy więc będzie dla Was zwadą,
Gdy Wam powiem zręczną swadą:
Wszakże wszyscy dobrze wiecie,
Że najlepiej w mieście przecie,
Karmi Sabisch, u którego
Sztokfisz ponad „śląskie niebo”.

Kolejne dekady XIX wieku przyniosły rozwój rymowanej formy anonsowania w prasie usług gastronomicznych nie tylko przez czołowych przedstawicieli w branży – rymy zapraszały wrocławian na bale, bale karnawałowe, święta piwa, święta wina, świniobicia, okazjonalne koncerty, rocznice urodzin monarchów pruskich, wydarzenia rocznicowe, odpusty oraz świąteczne obiady i kolacje (Boże Narodzenie, Wielkanoc, Zielone Świątki). W 1876 roku Carl George, właściciel lokalu Colosseum w kamienicy „Pod Rosyjskim Cesarzem” (Zum russischen Kaiser) przy ulicy Jedności Narodowej, róg ulicy Jana Kilińskiego (dawne Mathiasstrasse i Herzogstrasse) anonsował w prasie wrocławskiej swoje usługi w czasie karnawału następująco:

Precz ze smutkiem i zmartwieniem!
Precz ze wszelkim utrapieniem!
Niechaj radość w sercach gości,
Niechaj serca drżą z radości!
I do Colosseum spieszcie –
Czas zabawy nastał wreszcie!
Biało wszędzie i mróz srogi,
Więc przestąpcie nasze progi.
Bal maskowy wydajemy,
Gości wszystkich przyjąć chcemy.
W maskach wielki wybór mamy,
W tańcach pląsać będą damy…
Nie przegapcie tejże gratki,
Nim nadejdą nam ostatki!
Niech weseli nas zabawa –
Takie karnawału prawa!
Zatem przyjdźcie do nas licznie,
Ugościmy Was magicznie!
Ja George ręczę głową,
Aurę mam karnawałową!!!

W międzyczasie rymy stały się ważnym i trwałym elementem reklamy w drukach okolicznościowych wydawanych na specjalne okazje, jak na przykład otwarcie nowego lokalu, czy imprezy rocznicowe. Bardzo wczesnym przykładem tego typu działań marketingowych była pieśń wydana drukiem w postaci broszury reklamowej przez Conrada Kissslinga – króla piwa bawarskiego w grodzie nad Odrą – z okazji inauguracji jego nowego lokalu w piwnicy Esterhazy-Keller (Rynek 19) 18 grudnia 1849 roku. Wychwalał w niej zalety szynkowanego przez siebie bawarskiego trunku, a sama pieśń mówi wiele o formie przekazu słownego, jakim operowano w reklamie około połowy XIX wieku:

Dziś lokal mój tonie w barwach zieleni.
Dziś trunek chmielowy u mnie się pieni.
Serca raduje – ożywia ducha, ożywia ciało
Pij przyjacielu ten trunek – pij go śmiało!

Pomaga wszystkim – i w bólu, i w smutku.
Oj, nie masz nad nie lepszego w skutku!
Przy nim nie straszny żaden życia rumor,
Przy nim zawsze panuje wesoły humor!

W Bawarii, tylko w Bawarii Panowie mili,
Warzą ów trunek, który nas dzisiaj sili.
W zimnych piwnicach, pod bacznym okiem,
Dojrzewa ów nektar roczek za rokiem.

Przed nim wina chylą swoją głowę,
Po nim niejeden łamie podkowę.
Przy nim nastrój zawsze wesoły –
Po nim spokojne wewnętrzne żywioły!

Nie trzeba nam tutaj „burgundera”,
Nie warta oferta żadnego kipera.
„Bairisch” mówią o nim wszyscy –
„Bairisch” w kuflach naszych błyszczy!

Piwo bawarskie dostarcza rozkoszy –
Warte kufelka wszystkich biboszy!
Jeśli zaś komuś doskwiera pragnienie,
Niechaj nie czeka na boże zbawienie!

Dużo późniejszym, bardziej wysmakowanym przykładem działań marketingowych wykorzystujących pieśni okolicznościowe było otwarcie po remoncie 14 listopada 1928 roku sławnej wrocławskiej Piwnicy Biskupiej (Bischofskeller) przy ulicy Biskupiej (dawna Bischofsgasse). Urządzona w tzw. staroniemieckim stylu (altdeutsch)  restauracja zdobyła najwyższe uznanie klienteli i krytyków gastronomii w mieście, zaś prasa wrocławska podkreślała z dumą, iż renowację starej piwnicy przeprowadzono z wykorzystaniem najnowszych zdobyczy techniki i środków konserwatorskich. Również kuchnia restauracji została wyposażona w najnowocześniejsze wówczas sprzęty, zatrudniono najlepszych kucharzy, dzięki czemu oferta kulinarna Piwnicy Biskupiej stała na najwyższym poziomie, dorównując restauracji hotelu Monopol, hotelu Savoy, czy winiarni Christiana Hansena. Jej otwarcie zostało wsparte szeroko zakrojoną kampanią reklamową, zaś w druku okolicznościowym wydanym z tej okazji znalazła się pieśń nawiązująca duchem do dawnych czasów. Zamiarem właścicieli Bischofskeller było bowiem wykreowanie lokalu gastronomicznego z historycznym klimatem. Stąd m.in. bardzo odważne wstawienie do lokalu drewnianych, masywnych krzeseł i stołów stylizowanych na dawne wrocławskie karczmy.

Jest we Wrocławiu Piwnica Biskupa,
Dobre to miejsce dla ciała i ducha,
Wszelkie tu jadło wyborne mają,
Przy którym skoczne melodie grają.
Chmielowy trunek, co złoci się w szkle,
Zawsze ugasi pragnienie Twe,
I pił będziesz go pił, stale, a żywo,
Ten biskupi trunek, to biskupie piwo.

A gdy tam siedzę, rozmyślam i piję,
Pieśń oto taka czasem się wije:

Hej szynkarzu, przynieś szklaneczkę,
Przynieś piwa biskupiego ćwiarteczkę!
I coś na ząb – może być mięso i może ryba,
Niech będzie tu zaraz, jak u biskupa biba!
Hej dzielny szynkarzu, lej piwo prędko
I wytocz no zaraz beczułkę następną!
Biskup poświęcił wszak wszystkie kropelki,
Kto chce być świętym – to sposób wszelki!

Mówią bywalcy o owej przyśpiewce,
Która dla ucha brzmi dźwięcznie wielce,
Że w tej piwnicy bibosze weseli
Już pięćset lat temu piosnkę tą pieli.
A gdy przed laty biskupa szynk stary
„Zur großen Durchfahrt” piwosze zwali,
Tłoczno tu było na ławach dębowych,
O które nawet łamano podkowy:

Wtedy zaczynał mieszczański chór
Śpiewać, aż niosło po królewski dwór:

Hej szynkarzu, przynieś szklaneczkę,
Przynieś piwa biskupiego ćwiarteczkę!
I coś na ząb – może być mięso i może ryba,
Niech będzie tu zaraz, jak u biskupa biba!
Hej dzielny szynkarzu, lej piwo prędko
I wytocz no zaraz beczułkę następną!
Biskup poświęcił wszak wszystkie kropelki,
Kto chce być świętym – to sposób wszelki!

I tyle ten żywot ziemski jest wart
Ile na stole w „Großen Durchfahrt”.
A gdy i na nas przyjdzie już czas,
Nikt tu przy piwie nie wspomni nas.
Lecz póki w piwnicy wstępujesz progi,
Porzuć wszelkie doczesne trwogi.
Puść zrazu wodze fantazji swej
Baw się tu, ucztuj, wesel i śmiej.

I śpiewaj, jak wszyscy przy stołach pijący
W piwnicy biskupiej trunek pieniący:

Hej szynkarzu, przynieś szklaneczkę,
Przynieś piwa biskupiego ćwiarteczkę!
I coś na ząb – może być mięso i może ryba,
Niech będzie tu zaraz, jak u biskupa biba!
Hej dzielny szynkarzu, lej piwo prędko
I wytocz no zaraz beczułkę następną!
Biskup poświęcił wszak wszystkie kropelki,
Kto chce być świętym – to sposób wszelki!

Kolejnym, nie mniej ciekawym i smacznym, wartym wspomnienia używaniem rymów w dawnej gastronomii Wrocławia były karty dań. Z okazji uroczystych obiadów lub bankietów organizowanych przez różne związki i stowarzyszenia (nie tylko wrocławskie) najczęściej w renomowanych salach, redutach, czy restauracjach zaproszeni na nie goście znajdowali w zestawie nakrycia menu pisane wierszem. Ten jakże atrakcyjny akcent „teatrum” okolicznościowych biesiad był często praktykowanym zwyczajem w drugiej połowie XIX i na początku XX wieku. Najczęściej nieznani autorzy owych rymowanek skupiali się zwykle albo na dziejach związku lub towarzystwa organizującego okolicznościowe przyjęcie przeplatając je specjałami lądującymi na stolach, albo też poświęcali uwagę wyłącznie menu biesiady przeplatając je anegdotami lub żartem.

Posłużmy się kolejnym przykładem – 14 grudnia 1889 roku „starszyzna” Wrocławskiego Towarzystwa Gimnastycznego (Breslauer Turn-Verein) spotkała się na uroczystym obiedzie, w karcie dań którego znalazły się: bulion w filiżankach, tatar w muszelkach, szynka w sosie burgundzkim z kasztanami, sandacz z sosem z homarów i majonezem, polędwica wołowa, jabłko duszone, grzanka z serem i masłem. To jakże smaczne menu brzmiało w rymowance następująco:

Karta dań – menu z francuska zwana,
Jest przed posiłkiem pilnie czytana.
Więc na początek rosół w miseczce –
Po nim atleci mocniejsi w sprzeczce.
Muszle tatarem faszerowane,
Smakują lepiej niż wino grzane.
Szynka burgundzka, sos i kasztany
Toż dla siłaczy tercecik zgrany.
Sandacz z homarem i majonezem
Mógłby się skończyć dziś polonezem.
Lecz polędwica jest po nich w planie –
Z jabłkiem duszonym smakuje zgranie.
A kto nie poległ – to przed deserem
Grzanka z najlepszym w świecie chesterem.

Myślę, iż spotkania przy stole w dawnym Wrocławiu miały zupełnie inny charakter i inny klimat niż współcześnie, niezależnie od ich formuły i okazji. Organizatorzy imprez okolicznościowych, których głównym elementem była biesiada, dokładali niebywałej kreatywności dla zaspokojenia nie tylko doznań zmysłowych podniebień ich uczestników. Zacytowana karta dań skłania do przekonania, iż uroczysty obiad lub kolacja stawały się również swego rodzaju doznaniem duchowym – serwowane potrawy były czymś więcej, niż tylko wytworem pracy kucharzy. Były bez wątpienia dziełem sztuki w dosłownym rozumieniu znaczeniu słowa tak przez mistrzów sztuki kulinarnej, jak i gości zasiadających do stołów.

Zapraszam do lektury następnej części.