– Uwielbiam wyjazdy na daleką północ. Do Szwecji, aby łowić ryby w czystych rzekach, wśród dzikiej przyrody. Za kołem polarnym tylko trzy miesiące w roku są ciepłe. Lato wybucha w wielkim pośpiechu. Wtedy wszystko tam rozkwita, nawet mchy są kolorowe. Można spotkać całe stada reniferów. Jeżdżę łowić pstrągi, lipienie, czasem trafi się łosoś – mówi Przemysław Tyszkiewicz.

– Dawniej polowałem na ryby pod wodą z kuszą. Wodny żywioł fascynuje Tyszkiewicza nie tylko, jako wędkarza i łowcę z morskich głębin. Jest jednym z najbardziej znanych wrocławskich artystów, wybornym grafikiem, zdobywcą międzynarodowych nagród. Tematem wielu jego prac jest oczywiście świat wodnych stworzeń.

Jednym z najbardziej znanych jego dzieł jest największa grafika, jaka powstała na Dolnym Śląsku. Drzeworyt „Zagubieni nad Odrą” ma 4,5 metra długości. To fascynująca opowieść o stworzeniach z wodnych głębin i nas, mieszkańcach brzegów rzeki.

– W naszym domu niepodzielnie panowała kuchnia wileńska – wspomina artysta. – Jej symbolem jest dla mnie śledź po wileńsku, który rokrocznie króluje na naszym wigilijnym stole. Robiła go moja babcia od strony taty i moja mama. Pod pewnym względem ta potrawa przypomina… bigos. Bo tak jak on, im dłużej się „przeżera”, tym jest smaczniejsza. Ale nie pamiętam takiego roku, żebyśmy dali jej „przeżreć” się do końca. Ma taką piękną karminowo-brunatną barwę.

Zdradzam nasz rodzinny przepis w nadziei, że Wrocławianom przypadnie do gustu ta wspaniała litewska potrawa.

Innym przejawem kresowej tradycji kulinarnej są kołduny podawane w domu pana Przemka w ilości 300-400 sztuk na Zaduszki. Jeden z kołdunów zawsze jest z niespodzianką. Zawiera nadzienie złożone głównie z pieprzu, albo po prostu nitkę. Oczywiście, gdy przy stole jest gość, który nie zna tej tradycji, wskutek manewrów trefny kołdun zawsze trafi do jego rosołu.

– Ten dowcip, mimo, że odgrzewany, co roku zawsze budzi naszą niepohamowaną radość – uśmiecha się grafik. – Mam nadzieję, że podczas następnej wyprawy wędkarskiej uda mi się złowić saiblinga. To pstrąg północy, o pięknym czerwonym kolorze. Tę samą barwę ma jego mięso, jedynie płetwy są białe. Piękna ryba. Już czuję zapach dymu z ogniska i smak saiblinga pieczonego w folii z warzywami w samym sercu szwedzkich lasów. To lubię najbardziej.

Śledzie po wileńsku (według Mamy Przemka Tyszkiewicza)

1,5 kg śledzi z beczki (7-8 sztuk)
1 puszka przecieru pomidorowego
1/5 kilo cebuli
olej, pieprz, mąka

Śledzie moczymy w wodzie, następnie obieramy ze skóry i usuwamy ości. Płaty śledziowe odsączamy z wody, obsypujemy mąką i obsmażamy na gorącym oleju. Cebulę kroimy w plastry i obsmażamy na oleju na złoty kolor. Dodajemy rozcieńczony(2-3 łyżeczki wody) przecier. Usmażone płaty śledziowe układamy w salaterce i każdą warstwę zalewamy przecierem z cebulą, lekko posypując pieprzem. Odstawiamy do następnego dnia, by ryby „przeszły” zalewą.

Do stołu podawał Juliusz Woźny