Kim jest Wanda Ziembicka nikomu we Wrocławiu nie trzeba tłumaczyć. Wanda to po prostu Wanda. Podczas naszego spotkania obdarowała mnie książką kucharską pod tytułem “Kuchnia i seks”, a potem w dedykacji wpisała “Na to drugie nie licz!”… cała Wanda!

– Jestem rodowitą wrocławianką – oświadcza z nieskrywaną dumą. – Przyszłam na świat w szpitalu przy pl. 1 Maja. W tym samym miejscu poznali się moi rodzice. To był taki szpitalny romans. Mama przyjechała do Wrocławia z rodzinnej Warszawy i pracowała tu jako pielęgniarka, a tata lwowiak trafił na szpitalne łóżko po tym jak napadli go i pobili chuligani na Gaju. W żyłach taty płynęła krew francuska. Był zawsze sceptycznie nastawiony do powojennych przemian i nie potrafił tego ukryć. Dlatego, mimo że był z wykształcenia felczerem, musiał pracować jako robotnik.

Już jako dziecko była niezłym oryginałem. Prawie wcale nie jadła ziemniaków, a jeśli już, to najchętniej… surowe. Co dziwniejsze wbrew obiegowej opinii na temat działania ziemniaków, nigdy w dzieciństwie nie miała gorączki. Żałowała tego skrycie, gdyż wszelkie próby symulowania choroby spełzały na niczym, gdy szkolna pielęgniarka wyjmowała termometr. Do dziś zresztą obranym kartofelkiem nie pogardzi…

– Jedzenie w moim życiu odgrywało niebagatelną rolę, aż po sprawy matrymonialne – wspomina dziennikarka. – Kiedyś kandydat do mojej ręki wygadał się, że nie lubi marchewki, nawet mojej ulubionej, tej gotowanej w rosole. No i oświadczyny nie zostały przyjęte, a ta marchewka wcale nie była najbłahszym z powodów…
W opinii znajomych jest bardzo dobrą kucharką. Uwielbia wyrafinowaną kuchnię. Gotować uczyła się podczas zagranicznych wyjazdów, gdy pracowała w kuchniach restauracji w Paryżu, w Belgradzie, we Freiburgu. Poznała tajemnice sprytnych kucharzy, którzy potrafią ze starej wołowiny za pomocą specjalnej zalewy zrobić pyszną sarninkę, a z podrzędnej kawy, dodając gałkę muszkatołową, prawdziwy przysmak…

– Gdy zwiedzam jakiś kraj staram się poznać go także poprzez zmysł smaku – opowiada. – Jeśli chodzi o chińskie potrawy skosztowałam jedzenia  z… psa w chińskiej restauracji (nie smakował mi). Chciałabym sprawdzić jak smakują słynne chińskie jajka, przechowywane latami w wapnie. Próbowałam nawet rekina. Nie cierpię natomiast zupy owocowej w żadnej postaci.
Raz przeżyła przy stole coś naprawdę strasznego. Była jeszcze podczas studiów, w dawnej Jugosławii, na terenie dzisiejszej Macedonii. Zaproszono ją wraz z przyjaciółmi na wesele, gdzie tamtejszym obyczajem przyrządzono miejscowy specjał, który nazywa się glowa tiele, czyli głowa cielaka. Najpierw przyprowadzono do stołu weselnego nieszczęsnego cielaka, a po pewnym czasie jego przyrządzony łeb. Każdy z gości musiał tego spróbować, byłoby strasznym afrontem odmówić. Rzecz była szokująca nawet w porównaniu z chińskimi specjałami.

– Przez pewien czas jadałam margarynę i różne pseudomasła pojawiające się w handlu – mówi z goryczą. – Wiadomo, chodziło o zachowanie figury, no i przestrogi niektórych dietetyków, że masło to cholesterol. Tymczasem margaryna to bardzo niebezpieczny produkt. Brak masła, które dostarcza witaminy A, odpokutowałam bardzo poważną operacją oczu. Wiem, że koncerny produkujące tłuszcze roślinne są potężne i zawsze znajdą sojuszników wśród dietetyków, a nawet lekarzy. Ale ja nie boję się głośno powiedzieć: “Nie jedzcie margaryny! Szkoda waszych oczu!”.

Chłodnik Wandy Z.

– Potrzebny jest chłodny rosół (prawdziwy, nie z kostki!). Na bazie rosołu przygotowujemy chłodnik z kefirem bądź kwaśnym, zsiadłym mlekiem. Ale po kolei – upomina Wanda. – To ważne żeby zielone ogórki dodać na końcu z powodu zachodzących reakcji chemicznych, by do zupy nie zakradła się gorzkawość. Danie na 4 osoby to 2 pęczki pokrojonej bardzo drobno rzodkiewki, 2 pęczki zielonego szczypiorku też pokrojonego, 1 pęczek zielonego, świeżego koperku i kiść pokrojonej świeżej pokrzywy, 8 małych główek czosnku. Wszystko kroimy.

Gotujemy botwinę wraz z czerwonymi burakom, która następnie ścieramy na tarce. Odważnym proponuje posiekać też listki od jednego pęczka rzodkiewki. Na samym końcu kroimy 4 surowe ogórki. Wszystko to mieszamy z 1/2 litra rosołu i 2 litrami kefiru bądź zsiadłego mleka. Dodajemy kilka łyżek śmietany. Solimy do smaku, dodajemy pieprz cytrynowy i 3 łyżeczki zakupionej w aptece macierzanki, jako zioła do smaku. Potrawa musi być bardzo schłodzona i podawany najlepiej w przeźroczystych salaterkach. Widać wówczas różowy, piękny kolor, który otrzymamy dzięki czerwonym burakom.

Juliusz Woźny