Początki nowoczesnej gastronomii w stolicy Śląska zaczęły się kształtować w ostatniej dekadzie XVIII wieku. Mówiąc o nowoczesnej gastronomii w grodzie nad Odrą mamy oczywiście na myśli jej odniesienie do menu i poziomu usług związanych z serwowaniem posiłków obecnych wówczas w takich miastach jak Wiedeń, Londyn, Hamburg, Lipsk, a przede wszystkim Paryż. Oferta kulinarna, zwłaszcza zaś forma serwowania posiłków w lokalach gastronomicznych stolicy Francji czerpała coraz więcej wzorców ze stołów arystokracji już trzy-cztery dekady przed Wielką Rewolucją francuską ugruntowując od końca XVIII wieku na przeszło stulecie kanon usług gastronomicznych w całej Europie. Ów kanon przenikał do dużych miast Starego Kontynentu w różnym czasie i w różnych okolicznościach. Początki – a raczej pierwiastki – kształtowania się usług gastronomicznych na europejskim poziomie we Wrocławiu były ściśle związane ze wzrostem potrzeb i oczekiwań mieszczaństwa względem stołu od lat w ostatnich dekadach XVIII wieku – początkowo jedynie w porze obiadu, ale w krótkim czasie również w porze kolacji, a później śniadania. Musimy przy tym rozróżnić pojęcie gastronomii związane z imprezami okolicznościowymi jak bale, reduty, wieczory taneczne, czy imprez rodzinnych (wesela), od usług gastronomicznych o charakterze masowym, pod którym to pojęciem rozumiemy chęć posilenia się klientów o dowolnej porze dnia w dowolnie wybranym lokalu.

Do przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XVIII wieku o obliczu wrocławskiej gastronomii decydowały kawiarnie i karczmy, mniejsze znaczenie miały zaś winiarnie oraz szynki likierów i innych destylatów działające bezpośrednio przy gorzelniach. Jeszcze dwie dekady wcześniej zamożniejsi mieszczanie stołowali się w porze obiadu w traktierniach, gdzie zamawiali mięsną strawę 1-2 wcześniej, ale ten tym lokalu nie utrzymał się długo w grodzie nad Odrą. Z kolei nadające ton życiu towarzyskiemu kawiarnie znajdowały się przez całe stulecie pod silnym wpływem wzorców wiedeńskich, szykujące zaś piwo karczmy były w tym czasie odzwierciedleniem kryzysu całej branży piwowarskiej, oferując piwo coraz gorszej jakości. Karczmarze oferowali często prostą strawę, jednakże zajęci bardziej warzeniem chmielowego trunku nie poświęcali – nie licząc wyjątków – zbyt wiele uwagi sprawom kulinarnym. Te odgrywały znaczącą rolę w zajadach Wrocławia, lecz tu stołowali się przede wszystkim przyjezdni. Jedzono zwykle to, co polecał gospodarz lokalu.

Gdzie zatem jadali wrocławianie obiady? Patrycjat miejski prowadził często własne kuchnie, mieszczaństwo stołowało się w porze obiadu w wybranych lokalach zdając się na inwencję kulinarną gospodarza. Dla większości mieszkańców miasta pojęcie obiadu w dzień powszedni nie miało jeszcze – o dziwo – sformalizowanego charakteru. Musimy przy tym pamiętać, iż dysponowanie środkami pieniężnymi w celach płatniczych nie było dla wielu wrocławian tak oczywiste jak dziś, co znajdowało przełożenie na sytuację gastronomii miasta. Przykładowo młodzież męska terminująca w warsztatach rzemieślniczych była zależna przez większą cześć dnia od swoich pryncypałów, czyli majstrów. Cała załoga warsztatów jadała śniadania lub obiady razem, przy czym to regulacje prawne rady miejskiej określały porę posiłków oraz nakładały na majstrów wartość świadczeń względem stołu, które później mogli „odpisać” od wypłacanej pracownikom należności. Uczniom rzemieślników nie wolno było zaglądać samemu po pracy do szynków piwa, podobnie traktowano za zachowanie nieobyczajne wizyty kobiet w lokalach gastronomicznych bez męskiego towarzystwa. W tych realiach kulturowych poziom usług gastronomicznych nie miał możliwości swobodnego rozwoju, a klienci zdani byli bez wyjątku na to, co oferował gospodarz lokalu.

Ale przejdźmy do zawartości talerzy, kufli i kieliszków. Zróżnicowanie oferty kulinarnej oraz sposobu serwowania posiłków było mocno ograniczone. Najwyższy poziom prezentowały kuchnie zajadów, gospod i winiarni – przy czym nie we wszystkich karmiono – a formuła „restauracyjna” (choć w tym miejscu powinniśmy pisać jeszcze „pre-restauracyjna”) była najbliższa gospodom i zajazdom. Gospodarze tych lokali organizowali posiłki południowe lub wieczorne, jeśli istniała taka konieczność, na których podawano ciepłą strawę, a klientelę stanowili w większości goście będący przejazdem we Wrocławiu. Najlepsze interesy robili w czasie targów wełny, gdy do stolicy Śląska przybywali kupcy z wielu krajów. Jak ważna w tych dniach była kuchnia, niech świadczy chociażby fakt, iż niektórzy właściciele zajazdów poszukiwali pilnie na czas trwania targów kucharzy znających kuchnię czeską, austriacką lub kuchnię polską. Od lat sześćdziesiątych w kawiarniach zaczęły się pojawiać piwa zamiejscowe, przy czym ich szynk regulował specjalny urząd zwany Kelleramt, który to sprowadzał do Wrocławia każdego roku piwa obcych warów i ustalał ich cenę. Szmugiel piwa był karany, a Kelleramt w reakcji na łamanie monopolu miasta zamieszczał często w prasie obwieszczenia informujące, iż wykryte w kawiarniach piwa zamiejscowe szykowane bez zezwolenia będą konfiskowane i przekazywane do Piwnicy Świdnickiej, posiadającej miejski monopol na sprzedaż piw zamiejscowych.

Najbardziej wykwintne stoły widywali wrocławianie podczas często organizowanych balów i redut, lecz imprezy te były zarezerwowane niemal wyłącznie dla elit miejskich i kręgów mieszczańskich. W grudniu 1764 roku – kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia – anonsowano w „Schlesische Zeitung” bale karnawałowe w salach reduty na ulicy Biskupiej zapewniając, iż jedzenie „będzie takie jak przed wojną” (odnosząc się do czasów przed wojną siedmioletnią). Lecz posilenie się ciepłym jadłem podczas tańców wymagało niemało fatygi – towarzystwa chcące się stołować musiały poinformować o tym gospodarza dzień, a najlepiej dwa dni przed imprezą. W latach siedemdziesiątych XVIII wieku utrwalił się model lokalu firmowany przez Gastwirta (dawne pojecie gastronoma). Gastronomia tego typu oferowała proste posiłki – najczęściej pieczone kiełbasy, pieczone mięsiwa na zimno – przy czym kulinaria nie pojawiały się tu każdego dnia na stołach. Anonsujący się w prasie Gastwirt Nitsche – występujący jednocześnie jako kawiarz (Coffetier) – polecał w 1770 roku w lokalu prowadzonym na Kępie Strzeleckiej kawę, herbatę, wino, piwo, nadto bilard i tańce. W tym czasie popularne stały się imprezy organizowane w kawiarniach z okazji urodzin króla, co w ostatnich latach XVIII wieku wypadało i 25 września (Fryderyk Wilhelm II) 3 sierpnia (Fryderyk Wilhelm III). W latach dziewięćdziesiątych XVIII wieku najgłośniejsze imprezy urodzinowe w miescie organizował Unger, właściciel kawiarni im Wallfisch przed Bramą Mikołajską. Iluminacje świetlne, bicie w bębny oraz koncerty trębaczy umilały gościom czas.

Dwie ostatnie dekady XVIII wieku to wzrost znaczenia kawiarni pełniących niejako rolę lokali rozrywkowych. Bilard, tańce, koncerty muzyczne, iluminacje, nadto piwa zamiejscowe stanowiły o ich niesłabnącej popularności. W ofercie pojawiało się coraz więcej piw obcych warów, oferowanych najczęściej w butelkach. Obok Zerbster-Bier rynek wrocławskich kawiarni zdobywało piwo warszawskie i berlińskie. Również karta dań kawiarni stawała się coraz bardziej urozmaicona – na stołach pojawiały się metki i serwolatki brunszwickie, wołowina hamburska, faszerowane gęsi, czy szynki westfalskie w zimnych przekąskach. W miesiącach letnich zaczęły pojawiać się pierwsze lemoniady i lody reklamowane jako tzw. „orzeźwiacie”. Z początkiem lat dziewięćdziesiątych formę lokalu gastronomicznego przybierały coraz częściej i chętniej cukiernie – w 1793 roku. Zerboni (być może Włoch) oferował gorącą czekoladę wiedeńską, tzw. „zdrową czekoladę”, a dla bardziej wybrednych podniebień ser parmeński, polecając swoje specjały również na miejscu. Branża cukiernicza robiła coraz większe interesy w czasie karnawału, gdy wrocławianie zjadali tony pączków z różnymi nadzieniami.