Gastronomia Wrocławia obfitowała obok niezliczonych uroków podniebienia zapisanych na kartach dań w szereg zjawisk współtworzących nastrój i klimat spotkań przy stole. Powszechnym zjawiskiem było czytanie porannej prasy, zwykle przy małej czarnej, regularna obecność różnych związków i towarzystw debatujących przy piwie i lekkiej strawie o swoich sprawach, hucznie świętowane jubileusze, tak prywatne jak i państwowe, niekończący się Oktoberfest, podczas którego wznoszone jeszcze na początku listopada ostatnie toasty na cześć króla Gambrinusa trzymały wielbicieli bawarskiego trunku w magicznej łączności z jego ojczyzną, oblegane do późnych godzin stoły bilardowe, tumany dymy papierosowego unoszące się nad widzami zakończonego dopiero co spektaklu teatralnego, czy też przegrywane ostatnie tygodniówki ubogich zwykle robotników w lokalach niższej kategorii, w których hazard był ich główną formą rozrywki.

Przed stu i więcej laty wszechobecna była muzyka grana niemal w każdym liczącym się  lokalu w branży, a w wielu z nich koncertowali nie tylko uznani lokalni muzycy, ale też gwiazdy europejskiego formatu, by wspomnieć tylko trio żeńskie ze Szwecji dające występy w stolicy Śląska w latach 80-tych XIX wieku. W tamtych czasach muzyka grana na żywo nie była traktowana jako atrakcja lokali gastronomicznych, ale codzienna rozrywka, za którą przychodziło płacić ekstra. Zresztą trudno było sobie wyobrazić wrocławianinowi lokal gastronomiczny bez muzyki i muzyków.

O czym więc mogli marzyć jeszcze właściciele restauracji, winiarni, kawiarni, piwiarni, knajp, knajpek i knajpeczek, a nawet zajmujących najniższy szczebel w hierarchii branży gastronomicznej lokali zwanych „kascheme”, do których zaglądali zwykle wszelkiej maści wykolejeńcy i desperaci życiowi, pijący niemal wiecznie na kredyt birbanci, zwykli alkoholicy, bezrobotni wydający na piwo ostatnie fenigi z kieszeni zdartej marynarki, hulaki żyjący przez lata na marginesie społecznym, nadto poszukujący wiecznie kogoś policmajstrzy, którzy za najtańsze piwo pozyskiwali cenne informacje w toczącej się właśnie sprawie, skoro ich lokale były niemal wiecznie pełne. O czym mogli marzyć jeszcze mając rzesze wiernych klientów o każdej porze dnia.

Zdawałoby się, iż nic więcej nie potrzebowali już do szczęścia. A jednak były jeszcze persony – rzec można klienci najszlachetniejsi ze szlachetnych – traktowani jak instytucje, o których obecności marzyło większość gospodarzy liczących się lokali gastronomicznych. Tym kimś byli stali goście, tzw. Stammgäste, zasiadający przy „swoich” rezerwowanych stolikach. Eleganccy i zadbani korzystali niemal co dzień z tych samych uroków stołu, który czekał tylko na nich o ściśle określonej porze. Zaokrąglony zaś brzuszek wskazywał wymownie, co jest ich głównym zajęciem podczas wizyty w obranym na stałe lokalu. A żeby nie dochodziło do niepotrzebnych nieporozumień, gospodarze lokali stawiali na takich stolikach mosiężną tabliczkę z napisem „Stammtisch” – stolik rezerwowany.

Z punktualnością zegara na wieży ratuszowej stali goście zjawiali się niemal każdego dnia w swojej świątyni Gambrinusa, a ich pierwszą troską po zajęciu miejsca był kufel piwa. Dopiero potem zamawiali drobną przekąskę, jako dodatek do chmielowego trunku. Stammgäste dzielili się na „solistów”, którzy stanowili mniejszość ich populacji oraz „grupy wiernych towarzyszy”, którzy nie wyobrażali sobie oddawać honory Gambrinusowi solo. Stolik rezerwowany musiał zawsze czekać na nich wolny. Inaczej nieuprawniony gość był witany przez nich bez słowa groźnym spojrzeniem, a gospodarz lokalu mógł mieć nie lada kłopoty. Każdy wchodzący do lokalu klient miał w dobrze rozumianym obowiązku zlustrowanie go, by rozeznać się, które ze stolików nie są oznaczone znanymi wszystkim tabliczkami ostrzegawczymi „Stammtisch”, by nie doszło do ewentualnego starcia z „właścicielem” owego miejsca.

Gdy już „certus conviva” – jak nazywano pieszczotliwie stałych gości – zajął wygodnie miejsce, wypił pierwszy kufel piwa i posilił się lekko, rozpoczynał ze spokojem ducha swoje popołudniowe lub cowieczorne zajęcie, które polegało na konsumpcji wielkich ilości chmielowego trunku. Jednocześnie zamieniał zwykle przy tym pół tuzina cygaretek lub cygar w dym i popiół, zażywając także co jakiś czas tabaki do nosa . Z reguły stali goście pili piwo z kufli, które były w lokalu ich własnością i nikomu innemu nie podawano w nich trunku, a które wyróżniały się zazwyczaj szczególną wielkością i niepowtarzalnym zdobieniem.

Pośród „certus conviva” spotykało się też indywidua przesiadujące długimi godzinami w towarzystwie mu podobnych, pochłoniętych grą w karty, podczas której dochodziło nierzadko do głośnej wymiany zdań. Inni z kolei przekładając w rękach cylindryczny przedmiot, to znów wstrząsając nim i wysypując jego zawartość na stół, grali długimi godzinami w kości. Jeszcze inni spędzali cały wieczór na nieustającej przemowie z wielkim przekonaniem do swych współtowarzyszy siedzących przy stoliku, przybierając przy tym pozy jak mówcy znani z senatus populi. A gdy już piwo poczyniło swoje, toczyli zwykle ożywione dysputy o miłym gospodarzu lokalu, w którym właśnie siedzieli, chwaląc jedzenie i picie jakie im podano, o polityce, interesach i wszystkim innym, co pozwalało wypełnić zarezerwowany czas.

O określonej godzinie, równie punktualnie jak przychodzili, opuszczali mury świątyni Gambrinusa i udawali się do swoich domów – przy czym zauważyć należy, iż byli z reguły oszczędni w dawaniu napiwków, uważając przesadne nieumiarkowanie w rozdawaniu pieniędzy za zbędny luksus kelnerów. Przyznać musimy, iż ów stary zwyczaj rezerwowanych stolików utrzymywał się we Wrocławiu znacznie dłużej niż w innych miastach niemieckich, co ze szczególną uwagą zanotował anonimowy bremeńczyk w swym opisie pobytu w stolicy Śląska pod koniec XIX wieku, uznając to za kłopotliwy relikt przeszłości:

„Stoliki rezerwowane – pisał – stanowiły zawsze dużą część wszystkich miejsc w lokalach, jak przed dwudziestu laty. Nawet szlachetny Kissling nie pozbył się tego anachronizmu – każdy dobrze położony stolik w zakątku lokalu był zarezerwowany. Ileż to razy nieuważny przybysz, zwłaszcza nietutejszy, nadział się na stolik rezerwowany. Ledwo zdążył się wygodnie rozsiąść – choć wokół kilka innych było wolnych – a tu właśnie nadchodził jego właściciel. Ileż to razy dochodziło z tego tytułu do niepotrzebnych scen – a przecież każdy stolik rezerwowany był oznakowany. Stoliki owe były bronione przez swych właścicieli jak twierdze”.

Męskie grona „cerstus conviva” nie przyjmowały w swoje szeregi przedstawicielek płci pięknej. Wprawdzie była to zasada niepisana, bowiem zasiadały przy stolikach rezerwowanych również małżeństwa, jednak obywało się wówczas bez większych ilości piwa, gry w karty lub kości i głośnych dysput. Ale i panie tworzyły nieformalne kręgi spotykających się stale w tym samym gronie przy kawie przyjaciółek, zwane „Kaffeekränzchen“.

Ugruntowana pozycja stałych gości i ich stolików znajdowała liczne komentarze w prasie wrocławskiej, która z humorem i przenikliwością odnosiła się do miejscowych przejawów kultury stołu z „certus conviva” w roli głównej. W jednej takiej anegdocie z lat osiemdziesiątych XIX wieku zamieszczonej w Breslauer Zeitung” czytamy:

„Gdy w restauracji jakiś gość podnosi właśnie szklankę z piwem i przenika ją badawczo wzrokiem, a gospodarz podbiega szybko do niego pytając ulegle:
– Czyżby mętne?
Na co otrzymuje odpowiedź:
– Nie, tylko trochę osadu, nic nie szkodzi! – po czym gospodarz zabiera szklanicę pełną piwa, leci do kelnerów traktując ich ostro i wymownie wzrokiem, by nalali trunku ponownie do czystej szklanki, wówczas siedzący przy stole jest rzadkim gościem lokalu. Jeśli zaś inny gość podnosi szklankę z piwem, ogląda ją i mówi:
– Dziś sporo osadu w piwie!
Na co gospodarz odpowiada:
– Tak, to może się zdarzyć – dając jednocześnie znak gestem kelnerowi, by wymienił piwo, wówczas siedzący przy stole nie jest codziennym gościem lokalu. Jeśli jednak gość ogląda szklankę z piwem, stawia ją na stół, po czym wprawnym ruchem wyławia wykałaczką mętny osad z trunku i mówi spokojnie do gospodarza:
– To jest chyba ostatni kufel z beczki, ale można wypić piwo znad osadu!
Na co gospodarz odpowiada:
– Tak, to nie zaszkodzi Waszemu wprawionemu żołądkowi, jeśli coś wcześniej przekąsicie – wówczas siedzący przy stole jest najprawdziwszym wrocławskim „cerstus conviva”.

Tak było w istocie – gospodarze gastronomii wszelkiego typu znali niemal wszystkie upodobania swoich stałych gości, z którymi byli często zżyci, jak z własną rodziną. Znali ich bolączki życiowe, sprawy zawodowe, kłopoty rodzinne. „Certus conviva” radzili się ich nawet w sprawach osobistych. A jeśli gospodarz zauważył odznaczenie wojenne na piersi stałego gościa, lądował przed nim często kufel piwa gratis, nim jeszcze zdołał się wygodnie usadowić przy stole i o cokolwiek poprosić. Bo regularność wizyt i wyrażany tym szacunek dla gospodarzy były wówczas w cenie! Nie było większego zadowolenia zawodowego dla właścicieli restauracji czy piwiarni, jak liczne grono „cerstus conviva” i las tabliczek wystawianych wczesnym popołudniem na stoły. Ci najbardziej ze wszystkich szanowani goście lokalu stanowili o jego marce i jakości serwowanych w nim usług.