Napijesz się tu kawowych shotów, popijesz musem z kalafiora, zjesz pokaźny lunch, który nie będzie fast foodem. A przy okazji nauczysz się szyć i obejrzysz wystawy młodych artystów. Jest smacznie i z dala od zgiełku, jaki panuje w rynku. Tak rozwija się wrocławskie Nadodrze!

To nie rewitalizacyjna bańka, a raczej początek tworzenia się nowego, lokalnego centrum o nietuzinkowym charakterze. Życie miasta powoli przenosi się poza rynek, czego Nadodrze jest doskonałym przykładem. Zapraszamy na wirtualną podróż po miejscach wartych zobaczenia.

Róża Rozpruwacz

Wypij kawę i naucz się szyć

Przy skrzyżowaniu ulic Jagiellończyka i Rydgiera działa od kilku tygodni Róża Rozpruwacz. To kawiarnia typu „sew over it”, czyli połączenie kafejki z pracownią krawiecką. Nazwa wypisana kredą na ścianie, żadnych krzykliwych banerów ani standów, a jednak – lokal wpada w oko. Przez witrynowe, szerokie okna widać manekiny krawieckie i maszyny do szycia, a za nimi jasne i ciepłe wnętrze.

Założycielką Róży Rozpruwacz jest Róża Matyja, krawiecki samouk (choć z dyplomem łódzkiej Akademii Umiejętności i kursu we wrocławskim MUR-ze). Kawiarnio-pracownia jest połączeniem jej pasji. Pomysł powstał kilka lat temu, pod wpływem przeczytanego w sieci artykułu o podobnej paryskiej kawiarence. Nazwę „podsunęła” Rosie the Riveter z amerykańskiego plakatu propagandowego z II wojny światowej – tego, ze słynnym hasłem „We can do it!”.

Moment był dobry – właśnie rozpoczęła się rewitalizacja Nadodrza. I fala fascynacji hand madem w Polsce. Projektowi przyznano dotację z Unii Europejskiej. Potem były długie, bo aż półtoraroczne poszukiwania lokalu i  trwający siedem miesięcy remont, którego owocem jest obecny wygląd kawiarni.

Niewielkiemu, jednoizbowemu wnętrzu przestrzeni dodają wysoki sufit, białe ściany i meble z jasnego drewna. Nad barem, oklejonym wykrojami z „Burdy” – antresola, która wkrótce ma się wypełnić pufami i kawowymi stolikami. Wzdłuż ścian biegnie namalowany czarną farbą ścieg z nożyczkami – znak rozpozanwczy Róży. Napijemy się tu kawy (espresso, latte, cappucino), herbaty, zjemy ciastko. Ceny nie przekraczają 7 zł. Ja zamawiam herbatę malinową i za 5 zł dostaję spory dzbanuszek naparu. Do tego, gratis, cytrusowe galaretki (obawiam się, że wyczerpałam zapas).

Do „Rozpruwacza” można przyjść – jak to do krawcowej / krawca – z ubraniem do przerobienia. Ale na tych, którzy mają ochotę własnoręcznie skrócić to i owo czekają maszyny do wynajęcia. Dla chętnych jest też oferta warsztatowa.

Pierwsze warsztaty to szycie poduszki od podstaw. Prowadzę też indywidualne lekcje – mówi Róża. – Ostatnio był u nas pan, który dostał w prezencie od swojej dziewczyny kurs szycia koszul. Sam chciał nauczyć się szyć takie modele, jakie mu się podobają, z materiałów, które sobie wybrał.

W kawiarni dostępny jest bezprzewodowy internet. Na minus trzeba policzyć brak stojaków na rowery i małą toaletę.

Różę można odwiedzić również na Facebooku https://www.facebook.com/RozaRozpruwacz

Lunch przy Wincentego 21

Od baru mlecznego po zdrowy lunch

Kiedyś był tu bar mleczny Syrenka. Od ponad roku przy Wincentego 21, zamiast kaszy ze skwarkami, serwuje się ogórki smażone w curry i pełnoziarniste penne. Też całkiem niedrogo.

Restauracja powstała w pewnym sensie mimochodem. Szukaliśmy lokalu z dużym zapleczem na potrzeby naszej firmy cateringowej. Po Syrence została tu wielka kuchnia – wspomina początki założyciel restauracji, Łukasz Piasecki.

Nie tylko kuchnia jest tu słusznych rozmiarów. Restauracja może pomieścić 30 osób. Mimo wczesnej pory, kiedy ją odwiedzam, połowa stolików jest obsadzona.

Dzięki rewitalizacji na Nadodrzu zamieszkało wielu artystów, młodych przedsiębiorców, ludzi którym zależy na zdrowym stylu życia. Ale nie tylko oni są naszymi klientami. Dla bywalców Syrenki mamy pierogi ruskie z okrasą, które cieszą się dużą popularnością – dodaje Piasecki.

Po przejrzeniu strony internetowej Wincentego 21 spodziewam się menu uszeregowanego ściśle według diet i asetycznych porcji. Tymczasem mój (poprzedzony przystawką) łosoś w cytrynach, serwowany z pomidorami w tymianku i kaszą kuskus, to słusznych rozmiarów danie. Ola, która mi towarzyszy, zamawia aromatyczne jaja sadzone na warzywach, z curry i kuskusem. Obie zapewniamy – dieta według Wincentego 21 jest jak najdalsza od jałowych smaków i uczucia ssania w żołądku.

O połowie sukcesu stanowi jakość produktów. Składniki używane w kuchni na Wincentego właściciel restauracji kupuje osobiście, każdego ranka. Na uwagę zasługują, moim zdaniem, koktajle: owocowe, ziołowe, warzywne, z pestkami, kielkami, orzechami, miodem, siemieniem lnianym, otrębami, korą brzozy (!). Ciekawą propozycją są też kawy z owocami, czy kokosem.

Jeśli mogę coś zarzucić restauracji Wincentego21, to byłby to brak stojaka na rowery i łazienka niedostosowana do potrzeb niepełnosprawnych.

Wystrój restauracji jest nowoczesny i minimalistyczny. Dużą, jasną (dzięki witrynom) przestrzeń dzielą drewniane palety. Przy przysadzistych drewnianych stołach stoją plastikowe zielone krzesła, a z wysokiego sufitu zwisają designerskie żarówy (to takie większe żarówki). Czarno-białe ściany ozdabiają obrazy Niki Smolińskiej. Jest też pianino, a na nim dziwna instalacja: kopczyk ziemi, plastikowa lalka. O co w tym chodzi?

Wincentego 21 wpisuje się w „strefę usług nietypowych” na Nadodrzu, co w tym wypadku oznacza, że restauracja pełni jednocześnie funkcję galerii i jest włączona w program imprez kulturalnych, takich jak na przykład grudniowa Noc Galerii. Wspomniane portrety powstały właśnie podczas tego wydarzenia, natomiast instalacja z pianina to dzieło kelnera-performera, Kamila Szczepaniaka.

Niedawno na Wincentego odbywały się też zawody baristów. Z degustacjami!

Cafe Pestka

Shot kawowy i mus z kalafiora

Cafe Pestka przycupnęła przy zielonym skwerze na skrzyżowaniu Trzebnickiej i Św. Wincentego. Widok na stare drzewa i kamienice roztaczający się z okien kawiarni budzi skojarzenia z Paryżem. W środku drewniane, bielone podesty, krzesła z lat 70-tych, stylizowane stoliki. Prosty, duży bar zastawiony jest paterami ze słodkościami i tajemniczymi naczyniami, których przeznaczenie za chwilę poznam.

Menu wygląda interesująco. Na śniadanie do wyboru talerz serowy albo wegański. Na lunch – tarta (np. z nadzieniem z pieczonych warzyw korzeniowych pod pierzynką karmelizowanej czerwonej cebuli) z sezonową sałatką albo zupa – co powiecie na krem marchwiowo-imbirowy z razowym kuskusem i prażonymi pestkami dyni? A na mus kalafiorowo-koperkowy z grzankami?

Zaintrygowana egzotyczną nazwą, zamawiam kawę habibi express, która okazuje się wietnamskim shotem kawowym z zagęszczonym słodkim mleczkiem na dnie. Zagryzam ją ciastkiem z gorzkiej czekolady ze skórką pomarańczową.

Kawa to pasja Gabrieli Tyszuk-Wiśniewskiej, pomysłodawczyni i założycielki Pestki. Pasja na całe życie, jak podkreśla, bo subtelności związanych z wypalaniem, mieleniem i parzeniem ziaren można odkrywać w nieskończoność. Ale żeby się na nich poznać, trzeba czasu i cierpliwości. To prowadzi do kolejnej pasji i zarazem idei przyświecającej działalności Cafe Pestka – slow life.

Staramy się przekonać klientów, że kawa wcale nie potrzebuje dużych ilości mleka i cukru, żeby smakowała dobrze. Nasze kawy to 100% arabiki uprawiane w sposób ekologiczny, często pozyskiwane bezpośrednio od producentów i wypalane w małych palarniach w Polsce – mówi Gabriela Tyszuk-Wiśniewska. – Wszystkie należą do klasy specialty, a więc w 100-punktowej skali oceny kawy otrzymały więcej niż 80 punktów.

Oprócz kawy z ekspresu ciśnieniowego możemy w Pestce zamówić napój parzony na cztery alternatywne sposoby: przy pomocy dripu, syfonu i chemexu i areopresu.

Zamawiam więc jeszcze jedną kawę – z dripu (czyli zaparzoną metodą przelewową, przez papierowy filtr). Ta z pozoru prosta metoda to podobno najlepszy test umiejętności baristy. W tym niesłodzonym, bezmlecznym napoju wyczuwam zapach kwiatów, ciepły gryczany posmak i tylko minimalną dozę goryczy.

Dla tych, którzy stronią od kofeiny, czekają napary, np. z pokrzywy oraz liści i owoców malin albo lipy, dzikiej róży i z dodatkiem miodu rzepakowego. Większość produktów używanych w Pestce jest sezonowa i pochodzi z lokalnych upraw.

Kawiarnia to – a jakże – przestrzeń wystawowa. Regularnie organizowane są tu także wydarzenia kulturalne.

Lokal jest przyjazny dla niepełnosprawnych. Rodzice z dziećmi też poczują się tu komfortowo – na maluchy czekają krzesełka, przewijak, karmiące mamy napiją się przygotowanych z myślą o nich naparów. Przed kafejką jest kilka stojaków na rowery i miejsce na letni ogródek, gdzie dociera zasięg wifi. Jednym słowem, polecam.

Żeby zaostrzyć sobie apetyt, obejrzyjcie Pestkowe pyszności na https://www.facebook.com/CafePestka

Magda Lachowicz